TRENING SPECYFICZNY I CIĘŻKI

Bieganie to raczej indywidualny sport. Chwila relaksu, zadumy, wyklepane kilometry, ewentualnie podbiegi czy akcenty jakieś. Raczej nic ciekawego się nie zdarza. Czy aby na pewno? Tym wpisem zacznę serię ciekawych lub śmiesznych moim zdaniem sytuacji które mnie spotkały w czasie biegu. Każdy z Was ma ich pewni kilka, przecież spędzamy na bieganiu masę czasu, co jakiś czas musi nas spotkać coś co odstaje od normy. A więc! Trzy … dwa … jeden … start.

Styczniowy wieczór, godzina 18:30. Stwierdzam, że czas pobiegać. W myślach obieram trasę – tutaj, tędy, pod szpital, w prawo i powrót. Biegnę spod bloku w stronę krajowej 7mki. Prosta droga. Jestem jakieś 50 m od drogi. Nagle z prawej strony wylatuje na mnie ok 20-30 chłopa. Wszystko w dresach. Pierwsza myśl. Ja pierniczę! Ustawka jakaś była i goście uciekają. Trza wiać! Rozejrzałem się – nie bardzo gdzie uciekać a nawet jeśli to znajdzie się jakiś który mnie dogoni. Więc nie ma sensu uciekać. Zwolniłem ale biegnę dalej. Druga myśl – Jest zorganizowany jakiś bieg wieczorny, czemu nic o tym nie wiem? Zahamowałem i stanąłem z boku i patrzę z rozdziawioną gębą jak mnie mijają. Pierwszy, drugi, trzeci … przemykają mi przed oczami a ja tylko z niedowierzaniem obracam głową. Co jest grane myślę. Biegam rok czasu po ulicach Skarżyska, spotkałem w tym czasie może z 10 biegających osób. A tu jednocześnie taki skład!!! W końcu jakoś się otrząsnąłem i zaczynam biec obok nich. Oni chodnikiem, ja obok wzdłuż ogrodzeń starając się omijać słupy. Pytam najbliższego typa jednym ciągiem strzelając urywkami zdań:
– Stary kto Wy jesteście?
– Co to za bieg?
– Gdzie lecicie?
– Mogę biec z wami?

Chłop 40 lat a normalnie jak dziecko zafascynowane zabawkami kolegi w piaskownicy. Zapytany popatrzył na mnie jak na debila i wcale się nie dziwię.
– No nie wiem czy możesz biec. To trening Granatu. (Granat to taka nasza drużyna piłkarska.)
– To kogo mam pytać o pozwolenie? Bo myślę sobie: Kur… nie zamierzam odpuścić biegania w takiej grupie.
– Trener jest na Wileńskiej, tam biegniemy. – Dostaję odpowiedź.
– To z nim pogadam

 I wbijam się jak swojak w środek. Tempo jakieś 6:00, zakładałem dzisiaj szybszy bieg … ale to nie ma dla mnie znaczenia. Biegnę. Dobiegamy na miejsce, chłopaki się rozciągają i dogrzewają. Ja szukam trenera. Ten koleś w czerwonej bluzie co się drapie po nerach to ja:)

Jest trener, stoi z jakimiś przydupasami. Z uśmiechem na pysku, który towarzyszy mi od kilometra podchodzę i mówię:
– Dobry wieczór, jestem biegaczem amatorem i nie mogłem sobie odmówić wspólnego biegu z chłopakami gdy już ich spotkałem. Ma Pan coś przeciwko abym dalej mógł potrenować z nimi?
Przeleciał po mnie wzrokiem w stylu „a nie lepiej wypić piwo przed telewizorem kolego”? i mówi:
– No nie wiem. Oni będą mieli dzisiaj ciężki, specyficzny trening.
Ożesz Ty, myślę sobie, nie kombinuj mi tu. I mówię szybko:
– Obiecuję nie przeszkadzać i będę biegał ostatni.
Obśmiał się trochę, jakby to było oczywiste, że będę biegł ostatni bo przecież kto da radę utrzymać tempo treningowe drużyny? Ale dał zielone światło. Więc ustawiłem się zza chłopakami i robiłem co oni. Jakieś skłony itp, ogólna rozgrzewka. Tu akurat zamierzam pomachać nogą oparty o latarnię.

Ok słowo wyjaśnienia tutaj:) Fotki które widzicie dzięki uprzejmości TSK24. Jak się okazało to był pierwszy trening Granatu w roku 2013, z fotografami, telewizją i ogólna pompą na wiwat drużyny. No i ja się niechcący w to wdupcyłem. Rozumiem już trenera, że specjalnie nie chciał mieć „jakiegoś dziada” w tle, co to może się przewróci albo lepiej zejdzie na treningu:D Jak sobie to w głowie ogarnąłem to rozwalił mnie śmiech. Trzeba mieć farta żeby się na taką imprezę załapać!

Ale wracajmy do treningu:) Ciężki trening o którym wspomniał trener to było 4×4 minuty biegu plus minutowa przerwy pomiędzy. Rozumiem, że to był jakiś trening wprowadzający w sezon, jakiś lekki raczej … bo … ja się nawet nie zasapałem – ale przyznać trzeba pracowałem ciężko całą zimę przecież. A kilku braci … cóż na ciężkim oddechu biegało. Tak czy inaczej pozdrawiam ekipę „Chrzana” w której biegałem:) Było miło. Co każde 4 minuty biegu gdy wracaliśmy na twarzy trenera coraz bardziej widać było jakby ulgę, że koleś amator jeszcze żyje i nawet nie narobił obciachu. Trzymałem się jak obiecałem na końcu naszego teamu i nie odstawiałem szopek, chociaż bardzo mnie korciło wyprzedzić prowadzącego:D:D Po ostatniej rundzie, grzecznie podszedłem do trenera, wyciągam grabę i mówię:
– Dziękuję za wyrozumiałość i zgodę.
– Nie ma sprawy i jak było?
– Świetnie, fajna rozgrzewka, idę pobiega swoje 10km we właściwym tempie.

Szok związany z nieoczekiwanym spotkaniem tylu biegnących osób – jakieś 30 sekund.
Poziom trudności treningu zawodowej przecież drużyny sportowej – za niski i lekko zawiedziony byłem.
Mina trenera gdy odchodziłem – BEZCENNE.

Trening był specyficzny, ciężki nie:)

Podzielisz się jakimś ciekawym/śmiesznym wspomnieniem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *