CYTRYNOWE SZALEŃSTWO

cytrynowo

Dzisiaj mało sportowy wpis, raczej taki z pogranicza „Wiesz stary, byłem wczoraj u szaman”. Nie sportowy, ale uczciwie trzeba przyznać że dla mnie było to całkiem wymagające wyzwanie. Żeby dobrze wejść w temat muszę cofnąć się o 2 miesiące wstecz. Listopad zeszłego roku. Dokładnie sobota 22. Moje kolejne wyjście na basen, przecież trzeba zadbać o formę w czasie gdy nie biegałem. W czasie jednego z nawrotów na płytkim końcu basenu uderzyłem stopą w dno. Paluchem jeśli mam być precyzyjny. Nie odczułem tego zbyt mocno. Dopływałem to co miałem dopływać. Wróciłem do domu. Niedziela spokój, poniedziałek spokój i zapomniałem o zdarzeniu. A we wtorek koło południe pierwszy ból. Taki znośny, z którym spokojnie można funkcjonować, choć przemieszczałem się już utykając. Środa … uuu … tu było ciekawie, gdy rano otworzyłem oczy miałem ochotę krzyczeć. Nie byłem wstanie postawić na podłodze stopy. Paluch spuchnięty, cały czerwony i gorący. Masakra. Miałem palce powybijane, skręcone, rozwalone torebki, nawet złamanie. Ale pierwszy raz w życiu nie mogłem stanąć na stopie. Byłem przekonany, że to jakieś złamanie, ale jak ze złamanym palcem można chodzić przez kilka dni i nie czuć? I pierwszy raz poznałem od podszewki powiedzenie „chodzić po ścianach”. Prześwietlenie i wizyta u specjalisty. „Kości są ok. Może to staw?” – padła diagnoza. Ale wziął ów specjalista raz jeszcze obejrzał palucha (przy okazji myślałem że go zdzielę za to co z nim robił) i mówi. „A niech Pan sobie zrobi badanie krwi na stężenie kwasu moczowego” To zrobiłem, zmieściłem się niby 5% od górnej granicy normy. Pasowały wszystkie objawy i stwierdzenie – dna moczanowa. Ktoś chce niech sprawdzi co to za ustrojstwo, bo ja nie o niej chciałem:) Szkoda, że nie zrobiłem tylko sobie zdjęcia palucha – normalnie zmutowana kiełbacha parówkowa. Lekarz podał jakieś leki, które sprawiły że ból minął. Na tydzień. I znowu atak, nie tak mocny bo od razu zapodałem leki, więc może dlatego wyhamowałem objawy. Ale średnio mi się podobało co tydzień łazić po ścianach. Tym bardziej że chciałem już biegać. A bieganie na krawędzi stopy to kiepski pomysł – wiem bo przetestowałem. Ok. To tylko celem wprowadzenia.

Do sedna. Wiedząc co mi jest poczytałem w sieci na ten temat i trochę się przyłamałem. Bo wszystko wskazywało że nie będzie łatwo. Można się faszerować lekami, ponoć pomaga. Ale nie mam ochoty ciągle być na jakiś lekach. Można próbować zmiany trybu życia i zmienić dietę. Ale czynnie spędzam czas, nie obżeram się jakoś niezdrowo, nie piję i nie palę. Więc co mam niby zmieniać? Hmmm. Poczytałem i znalazłem coś ciekawego co trącało wyzwaniem;) Mianowicie ponoć na to dziadostwo (według wielu osób) pomaga „magiczna kuracja cytrynowa” Tombaka. Chwilę trwało zanim podjąłem decyzję o tym żeby spróbować:)

Ale o co chodzi w tej kuracji? Ano trzeba wypić trochę skoku z cytryn. Są 2 opcje. Profilaktyczna gdzie w ciągu 10 dni trzeba wypić sok łącznie z 30 cytryn, można go rozcieńczać wodą i dodawać miód. Eeee 30 cytryn? Co za problem. Do dupy z profilaktyką. Ja już choruje to trza się leczyć. Dla takich jak ja jest 2ga opcja. W ciągu 12 dni wypić sok z 200 cytryn. Nierozcieńczany i nie słodzony, czysty cytrynowy kwasik:) Elegancko, nie? A wygląda to tak:
– 1 i 12 dzień – sok z 5 cytryn
– 2 i 11 dzień – z 10 cytryn
– 3 i 10 dzień – z 15 cytryn
– 4 i 9 dzień – z 20 cytryn
– a 5, 6, 7, 8 – z 25 cytryn.
Kurcze niby niewiele pomyślałem sobie. Hmmm … nie bardzo chyba do mnie to docierało.
1 … 2 … 3 … start.

c1

Pierwsze zakupy i pierwsze 15 cytryn w domu i wyciskarka bez której nie dałoby się rady:) Pierwsze wyciskanie i mała konsternacja. W opisie trafiłem na info że w dni apogeum przy 25 cytrynach jest do wypicia ok 1 litra soku. Ja wycisnąłem 5 i wizualnie wyszło mi że jak wycisnę ich 5 razy więcej to wypiję go ponad 1,5 litra w 5, 6, 7 i 8 dniu. Nadgorliwy to ja nie będę. Więc sobie szybko podzieliłem ile to 1l soku na 5 działek dziennie. Wyszło mi że jedna porcja to będzie 200 ml soku. I tego się trzymałem od pierwszego dnia. Pierwszej szklanki nie dzieliłem no bo co tu szklankę na porcje dzielić. Smakowo nie było tragedii, cytryna nigdy mi nie przeszkadzała. Natomiast pamiętam, że zrobiło mi się nagle bardzo słabo, jakby ktoś odłączył mi część prądu. Cały dzień jakiś oklapnięty byłem. Dzień 2 i 3 też bez emocji. Całe porcje podzieliłem odpowiednio na 2 i 3 działki. Osłabienie mnie nie opuszczało. Szczególnie mocno czułem to na treningach, naprawdę ciężko się biegało. Pierwsze delikatne załamanie przyszło 4 dnia. Już byłem zmęczony wyciskaniem cytryn. Tak się wydaje ale to jest nudne zajęcie:) Wszędzie widziałem cytryny, czułem ich zapach i smak. Żółty kolor był przeważającym w kuchni. A jak mi kiedyś żona przyniosła 2 pełne reklamówki i mówi że ostatnie w Biedronce to padłem. Nie obyło się również bez dokładek żonki. „A może chcesz herbatki z cytrynką? Albo kanapeczkę z łososiem – i oczywiście z cytrynką”.

c2

Wrrrrr. 4 działki soku dziennie to już było ciekawe doświadczenie. A następnego dnia miałem wypić 5 takich działek i to samo przez następne 3 dni. Kryzys. Postanowiłem że przynajmniej jeden raz dziennie wypiję 2 działki jednocześnie. Prawie pół litra czystego soku z cytryn jednorazowo. Mam gdzieś nawet filmik jak aplikuję sobie tyle soczku.

c4

5 dzień nie był łatwy. Ale powoli przywykłem do kwaśnego smaku. Dało radę to pić choć już nie było takie zabawne jak na początku. 6 dnia bolał mnie bok po prawej stronie mocny ucisk jakby na wątrobę. Ale wieczorem przeszło. 7 dnia sporo czasu spędziłem na małym białym skuterze zainstalowanym na stałe w ścianie łazienki. Dzień 8 nie przyniósł żadnych rewelacji. Dnia 9 wreszcie wróciła energia. Pewnie dlatego że teraz miało być już z górki. I było. Do samego końca poszło już bez żadnych problemów. Kurację zaliczyłem.

c3

Pytanie czy pomogła. Ano nie wiem, może tylko bez sensu żłopałem soczek. Efektów ponoć nie widać od razu. Mija miesiąc. Czuję się całkiem dobrze. Niebawem zrobię ponownie badania, ciekawe ja wyjdą. W każdym razie – palec ciągle bardzo delikatnie „czuję”, ale bez porównania do tego co było wcześniej i ważne że bez problemu mogę z tym biegać. Więc biegam.

A z ciekawostek – bo o tym nie wiedziałem i wielu z którymi rozmawiałem też nie wiedziało. Cytryna choć bardzo kwaśna w smaku jest bardzo zasadowa. Ta cała kuracja cytrynowa podobno (ciągle tak piszę bo nie wiem czy mi pomogła czy nie) pomaga na bardzo wiele dolegliwości. Kto ma chęć nie poszuka i poczyta. Może nawet ktoś pójdzie krok dalej i przetestuje;) Dla tych powodzenia i nie pękajcie bo da się. A jeśli ktoś miał do czynienia z dną moczanową, wie jak z tym skutecznie walczyć niech da znać w komentarzu czy prywatnie. Podobno ostatnio na tą przypadłość cierpi 2% ludzkości. Chyba sporo. Ja po swoich doświadczeniach – nikomu tego nie życzę:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *