DZIEŃ KONIA

dzien koniaBieganie w tym roku miało być niby na luzie, ale wracając po przerwie biegowej jakiś tam plan na koniec miesiąca miałem. Taki test sprawności i formy na 10 km. Miało to być w ostatni dzień stycznia lub w niedzielę. Ale pogoda spłatała mi figla. Pojawiło się więcej śniegu. W związku z czym nie miałem większych problemów z podjęciem decyzji jaki to będzie trening. Na takie coś miałem już chęć w zeszłym roku. Ale zawsze coś stawało na przeszkodzie, łącznie z tym że bardziej skłaniałem się na wykonanie normalnego treningu niż potraktowanie go na luzie. Chodziłem z dzieciakami na sanki, ale nigdy nie w takiej formie. W formie łączenia zabawy z treningiem. A w tym roku przecież miało być na luzie. Więc było.

Więc skoro spadł śnieg i zaświeciło słońce to w treningu wzięły udział mordy następujące:
sanki1Iga i Marcel czyli nasze „klony”. Żonce nikt jakoś zdjęcia nie wykonał, a przecież też trenowała. Miejscem treningu był zalew Bernatka. Musze ze skruchą przyznać, że zaczęło się dość hardkorowo. Nie wyczułem długości „dyszla” i zbyt szybko podbiegłem do mostka na malutkim dopływie zalewu Bernatka. Marcel jechał pierwszy. Zrozumiałem, że jest za szybko i za wąsko w ostatniej chwili. Obróciłem się i złapałem go w momencie gdy część sanek była już za barierką. Co prawda i tak by się zatrzymał i nie wpadł do strumyka, ale kto lubi hamować twarzą na metalowej rurce? Po tym incydencie było juz tylko wesoło. Zrobiliśmy kółko wokół zalewu. Trzeba przyznać że łatwe to nie było. Jednak miejscami śniegu brakowało, dzieciaki łącznie ważą ok 50 kg a sanki zamiast płoz dotykały ziemi sporą powierzchnią. Tarcie robiło swoje. Ale dzieciaki miały radochę.
sanki2Potem wpadliśmy na boisko. Przynajmniej było równo i nie było kałuż wody. I dla mnie lepiej;) Zmiany po kilku małych kółkach i pojedynczy zaprzęg z tyłu. Zdecydowanie lżej dla konia za jakiego robiłem.
sanki3No i na tym terenie załapała się na trening nawet żonka:)
sanki4A dzieciaki w tym czasie miały dodatkową atrakcję. Był konkurs rzutów do ruchomego celu;) Celem oczywiście była dla nich mama. Ja dostałem za swoje gdy je ciągałem. Przecież konia trzeba czasem popędzić do galopu. Śnieżki w plecy nadawały się do tego znakomicie:) Zrobiłem łącznie ok 3km. Spocić spociłem się jak na konkretnych podbiegach. To samo mówiły moje nogi. No ale tych dolegliwości w żaden sposób nie można porównać z radością jaką miały maluchy. To że cały czas się darły Tata szybciej – to już inna sprawa:)

A potem żonka wsadziła dzieciaki do samochodu i pojechała do domu. A ja zmęczony musiałem wrócić do domu piechotą. Zwiedziłem przy okazji 2 miejsca które chciałem sprawdzić w lesie juz od dłuższego czasu. Spotkałem po drodze 3 sarenki i nic większego kalibru.

Niestety nie zrobiłem treningu sprawdzianu. Olać to:) Wcale nie żałuję. Pierwszy raz na moim treningu było rodzinnie i radośnie. Myślę, że warto poszukać rozwiązania na zimę i inne pory roku. Jeśli nie na stałe (bo to będzie raczej bardzo ciężkie do zrobienia) to przynajmniej na 2-3 takie treningi w miesiącu w takim składzie.

2 Responses

  1. Kika pisze:

    I o to chodzi.Bravo Maciek plus Rodzinka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *